Moje przygody z piosenką
   

  
Start

Nie jest za późno...

Polska Wigilia

Szukam, szukania mi trzeba

Wieczór z Szymborską

Herbatka na Saharze

Wrogów poszukam sobie sam

Historia pewnej znajomości

Biały Wiersz

Zaczarowana żaglówka...

Kosmopolak

W Ciciborze, w Ciciborze...

Kilka tamtych słów

Matka Boska spod Leskowca

Absolutnie


























   
Historia pewnej znajomości

     Kiedy w latach licealnych uczyłem się grać na gitarze, polegało to na tym, że graliśmy każdą zasłyszaną w radio piosenkę do znudzenia, aż po paru dniach umieliśmy ją powtórzyć. Było nas w klasie czterech, albo pięciu, i nasza nauka instrumentu była bardzo konkurencyjna - chodziło o to, żeby nauczyć się - piosenki, „chwytu”, solówki - wcześniej niż inni.

     W polskim radio nie było wtedy jeszcze dużo muzyki rockowej, za to często można było usłyszeć poezję śpiewaną. Ten kierunek bardzo nam, początkującym gitarzystom, odpowiadał, ponieważ były to zwykle utwory łatwe do imitowania, jak by się teraz powiedziało - "low tech". Tak więc w niedzielę wieczorem słuchało się "60 Minut Na Godzinę", zaś w tygodniu, o pierwszej po południu, była "Powtórka z Rozrywki". Pewnego dnia nagrałem z radia "Moją Litanię". Piosenka nie była zbyt trudna, i już po kilku dniach brzdąkałem dumnie swoją własną wersję. Jej refren brzmiał tak:

"Nie pragnę wcale byś była wielka
Zbrojna po zęby, od morza do morza
I nie chcę także, by cię uważano
Za perłę świata i wybrankę Boga

Chcę tylko domu w Twoich granicach
Bez lokatorów stukających w ściany
Gdy ktoś chce trochę głośniej zaśpiewać
O sprawach które wszyscy znamy"

     Podobał mi się ten refren; moi sąsiedzi często stukali w ściany, gdy ktoś chciał "trochę głośniej zaśpiewać”, zwłaszcza gdy akompaniowała nam gitara elektryczna... Śpiewaliśmy wiec “Litanię”, na przerwie w szkolnej szatni, przy ognisku, czasem w domu. Wkrótce dowiedziałem się kto ją napisał. Przyzwyczaiłem się do widoku brodatego człowieka w okularach, przemykającego z gitarą przez krakowski rynek. Po pewnym czasie i ja zacząłem występować w krakowskich klubach, i wreszcie pewnego dnia poznałem go osobiście.

     Nie była to łatwa znajomość. Leszek był artystą z “Piwnicy pod Baranami”, ja należałem do młodej i niewykrystalizowanej jeszcze artystycznie grupy skupionej wokół klubu "Pod Jaszczurami". Był ode mnie starszy; inny był nasz język, styl, pochodzenie, otaczaliśmy się innymi ludźmi. Leszek bez skrupułów krytykował moje teksty przy innych, ja zaś uważałem go za nienaganny wzór barda i poety.

     Pewnego dnia spotkaliśmy się przypadkiem na przystanku autobusowym, i okazało się, że mieszka w bloku obok, na tym samym co ja nowohuckim osiedlu. Taki przeciwnik komunizmu - pomyślałem sobie - a mieszka w Nowej Hucie?

     Kilka dni przed moim wyjazdem do USA, w lecie 1992, ktoś zapukał do drzwi. Za drzwiami stał Leszek Wójtowicz - chciał się pożegnać, życzyć powodzenia. Jakoś ciepło zrobiło mi się na sercu.

     Niedawno spotkaliśmy się, zupełnie przypadkiem, na krakowskim rynku. Wymieniliśmy najnowsze dowcipy o Schwarzeneggerze. Ponarzekaliśmy na rząd, on na swój, ja na swój. Z uśmiechem wsiadałem do samolotu, spokojny, że nic się nie zmieniło.
  

 


   
Copyright M. Danek 2008-2009
   
|     danek.net     |     Master and Commander   |