Moje przygody z piosenką
   

  
Start

Nie jest za późno...

Polska Wigilia

Szukam, szukania mi trzeba

Wieczór z Szymborską

Herbatka na Saharze

Wrogów poszukam sobie sam

Historia pewnej znajomości

Biały Wiersz

Zaczarowana żaglówka...

Kosmopolak

W Ciciborze, w Ciciborze...

Kilka tamtych słów

Matka Boska spod Leskowca

Absolutnie






























   
Nie jest za późno…

     Niewielka sala w krakowskim domu studenckim  “Nawojka” wydawała się jeszcze mniejsza niż zwykle. Wypełniona była po brzegi, już duszna, pomimo że koncert nawet jeszcze się nie zaczął. Organizatorzy proszą, żeby osoby siedzące na podłodze przed sceną zrobiły miejsce, bo Ola Kiełb - wokalistka zespołu - nie może przedostać się na scenę.

     Wreszcie są, stoją, rozgladają się, nie wyglądając zupełnie na artystów, a już na pewno nie na zespół, który mógłby tego wieczoru zauroczyć nas swoimi piosenkami. Bez większych  zapowiedzi rozlegają się pierwsze, nieśmiałe dzwięki gitary. Jeszcze zagłuszane szmerem rozmów, ale już przebijające się coraz pewniej przez salę.

     Duszne powietrze klubu wypełnia się cudownym dźwiękiem skrzypiec i nagle staje się jasne, że nie będzie to zwyczajny wieczór. Wiem, że będziemy wspominać go po latach, z satysfakcją, że byliśmy obecni przy narodzinach czegoś niezwykłego, czegoś co przetrwa niezliczone mody i sezony.

     Tymczasem ze sceny sączą się nuty kolejnych piosenek, słowa refrenów z ich zgrabnymi wokalnymi harmoniami wychwytywane są i powtarzane przez falujący tłum. Skrzypce to płaczą, to prawie śmieją się, jak na złamanie karku pędzą zdyszane przed siebie, by nagle długą nutą wyhamować, jakby skrzypek nabrać chciał powietrza przed kolejnym wirtuozerskim popisem.

     Koncert - przerywany gromkimi brawami i przedłużony do granic wytrzymałosci niezliczonymi bisami - kończy się wreszcie. Wychodzimy na ulicę, w ciepły krakowski wieczór. W ciężkim od zapachu bzów powietrzu, w milczących starych kamienicach, w ulicach, pośrod czerwonego światła sodowych latarnii, i w naszych rozpalonych dwudziestoletnich wtedy głowach, długo jeszcze grała ta muzyka.

     Takie było moje pierwsze spotkanie z zespołem Stare Dobre Małżeństwo. Było to wiosną 1986 roku. Od tej pory ich pieśni towarzyszyły nam przy ogniskach, w klubach i w akademikach. Pomimo zmieniających się stylów i muzycznych upodobań, grupa ta do dziś wypełnia sale koncertowe.

     Kiedy więc w czasie kolejnego wyjazdu do Polski odwiedzicie sklep z płytami, siegnijcie także po dysk SDM. Może znajdziecie tam odpowiedzi na te ważne nurtujace nas wszystkich pytania. Jeśli nie, może przynajmniej nie przestaniecie ich szukać.

     A dziewczyna, która była ze mną na tym koncercie przed laty, jest teraz moją żoną. Tak więc nie tylko piosenki, ale i zasady “starego dobrego małżeństwa” towarzyszą nam do dzisiaj i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Czego i wszystkim czytelnikom najserdeczniej życzę.  
  

 


   
Copyright M. Danek 2008-2009
   
|     danek.net     |     Master and Commander   |