Moje przygody z piosenką
   

  
Start

Nie jest za późno...

Polska Wigilia

Szukam, szukania mi trzeba

Wieczór z Szymborską

Herbatka na Saharze

Wrogów poszukam sobie sam

Historia pewnej znajomości

Biały Wiersz

Zaczarowana żaglówka...

Kosmopolak

W Ciciborze, w Ciciborze...

Kilka tamtych słów

Matka Boska spod Leskowca

Absolutnie


























 
W Ciciborze, w Ciciborze...

     W październiku 1987 zostałem zaproszony, wraz z zespołem “Galicja”, Tadeuszem Krokiem, i kilkoma innymi krakowskimi wykonawcami, na występy w Poznaniu, z okazji XX-lecia klubu studenckiego “Cicibór”. Było to wkrótce po udanym występie na warszawskim przeglądzie OPPA. Po raz pierwszy czułem się jak artysta, i traktowany byłem ze wszystkimi należnymi honorami. Głównie chodziło tu o kanapki w garderobie, bo noclegi i tak były w starym akademiku, a konferansjer zapisywał sobie przed zapowiedzią moje nazwisko, żeby go nie zapomnieć.

     Wieczorem pierwszego dnia, w auli Uniwersytetu Adama Mickiewicza odbył się duży koncert. Było trochę dobrej muzyki (między innymi Stare Dobre Małżeństwo, o którym tu wczesniej pisałem) i całkiem dobra zabawa, ale prawdziwe imprezowanie zaczęło się następnego dnia, kiedy przenieśliśmy się na miasteczko studenckie, i wszystkie imprezy odbywały się w pobliżu naszego akademika.

     Po obiedzie udaliśmy się na próbę wieczornego koncertu, do klubu Cicibór. Nazwa klubu pochodzi od wsi Cicibór Duży, rozsławionej w latach 60-tych piosenką Stanisława Grześkowiaka „Panny z Cicibora”. Próba przeciągnęła się do wieczora; nie było już sensu wychodzić przed koncertem z przytulnego klubu. W garderobie pojawiły się wspomniane wcześniej kanapki, bar serwował drinki z sokiem pomarańczowym.

     Nagle otworzyły się drzwi, i w wejściu stanął starszy mężczyzna. Po chwili wahania wszedł do środka, i przedstawił się jako „Staszek”. Powiesił płaszcz na wieszaku, przygładził włosy, i usiadł, jakby na kogoś czekał. Okazało się, że miał wystąpić z gitarzystą, który „ nie dojechał”, i Staszek zapytał, czy ktoś z nas nie mógłby z nim zagrać. Nikt z obecnych nie miał ochoty. Staszek nalegał i zapewniał, że piosenki są łatwe, aż w końcu, ujęty jego prostotą i szczerością dałem się przekonać. Okazało się, że duża cześć występu to skecze, i stanęło na tym, że zaakompaniuję Staszkowi w 4 utworach. Piosenki brzmiały jakoś znajomo...
     Ja występowałem w pierwszej części koncertu. Publiczność była wspaniała, reakcje coraz bardziej spontaniczne. Przyszedł czas na występ ze Staszkiem. Jego skecze i piosenki zbierały gromkie owacje, w końcu i ja zacząłem dobrze się bawić. Dodałem od siebie kilka akordów, i w miłej atmosferze upłynęła reszta naszego występu. Brawom nie było końca. Nazajutrz wsiedliśmy w pociąg do Krakowa.

     Dziś wiem, skąd znałem te piosenki. Trudno ich nie znać, są nieodłączną częścią polskiej kultury. Staszek, którego gitarzysta utknął gdzieś w labiryntach PRL-owskiej komunikacji masowej, to nie był kto inny, tylko Stanisław Grześkowiak, członek Silnej Grupy Pod Wezwaniem, wielka postać polskiej estrady, autor przebojów "Chłop Żywemu Nie Przepuści", i „Odmieniec”, i wielu innych. A tamten wieczór wspominam do dziś jako jedną z moich najwspanialszych „estradowych” przygód...
   

 


   
Copyright M. Danek 2008-2009
   
|     danek.net     |     Master and Commander     |